Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZEDRUKI. Pokaż wszystkie posty

W 1990 r. II Zarząd Sztabu Generalnego (komunistyczny wywiad wojskowy, który wszedł w skład WSI) chciał przejąć zagraniczne archiwa wywiadu II RP dotyczące m.in. ogniw wywiadowczych AK. W bezpośrednim powiązaniu z tą operacją pojawia się nazwisko ówczesnego wiceministra obrony Bronisława Komorowskiego, który później miał decydujący wpływ na kadry WSI.
Ministrem obrony narodowej był w tym czasie gen. Florian Siwicki, jeden z najbliższych współpracowników Wojciecha Jaruzelskiego, dowódca 2. Armii LWP uczestniczącej w inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.

Nie ma żadnych wątpliwości, że II Zarząd Sztabu Generalnego był pod wpływem GRU. Formalnie był już wywiadem wojskowym niepodległego państwa. Natomiast z punku widzenia obsady kadrowej byli to jeszcze ludzie przeszkoleni w Związku Radzieckim i powiązani z radzieckim wywiadem wojskowym (GRU) ? mówi Wiktor Suworow, rosyjski dysydent, pisarz, publicysta, były rezydent radzieckiego wywiadu wojskowego (GRU) w Genewie.
Ostatecznie II Zarząd Sztabu Generalnego nie przejął znajdujących się na Zachodzie archiwów polskiego wywiadu. Główną przeszkodą był fakt, że Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku odmówił wydania dokumentów byłej komunistycznej wojskówce.

> Tajna operacja

W 1990 r. najważniejsze dokumenty dotyczące polskiego wywiadu (tzw. dwójki) znajdowały się w Instytucie im. Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku.
Większość przebywających na emigracji oficerów "dwójki" po wojnie stworzyła antykomunistyczną opozycję na Zachodzie, a ich bliscy byli zaangażowani w działalność niepodległościową.
Materiały z Instytutu im. Piłsudskiego chciał pozyskać II Zarząd Sztabu Generalnego. W poufnym piśmie funkcjonariusz II zarządu SG pisze:

W celu rozszerzenia ekspozycji Sali Tradycji naszej służby o okres międzywojenny oraz o lata 1939-1945 prosimy o pilne zbadanie możliwości uzyskania z Instytutu im. J. Piłsudskiego w Nowym Jorku materiałów lub kopii dot. struktury organizacyjnej, obsady kadrowej kierowniczych stanowisk (stanowisko, stopień wojskowy, imię i nazwisko, zdjęcia), opisów ciekawszych akcji Oddziału II Sztabu Głównego WP oraz ogniw wywiadowczych Armii Krajowej. Interesują nas także publikacje traktujące o tej problematyce, które ukazały się na Waszym terenie, ewentualnie relacje uczestników działań utrwalone na taśmie filmowej lub magnetowidowej. Do wzbogacenia naszych zbiorów sugerujemy skorzystać z pomocy i możliwości polskich placówek na waszym terenie, ewentualnie  wg Waszego uznania  członków Polonii, posiadających dostęp do ww. Instytutu lub innych placówek tego charakteru - pisał do ataszatu wojskowego w Nowym Jorku funkcjonariusz II Zarządu Sztabu Generalnego o kryptonimie "Cyrus".

Najważniejsze w całej sprawie jest to, że archiwa dotyczące zarówno przedwojennej "dwójki", jak i wywiadu Armii Krajowej znajdowały się w Warszawie w Wojskowym Instytucie Historycznym i mogłyby one z powodzeniem posłużyć do stworzenia ekspozycji Sali Tradycji, gdyby naprawdę tylko o to chodziło. Ale w Instytucie im. Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku znajdowały się tajne dokumenty, m.in. ankiety personalne wywiezione na Zachód przez pracowników polskiego wywiadu, a penetracja tej placówki była od dawna jednym z głównych zadań komunistycznego wywiadu.

> Przesyłka od Komorowskiego
O determinacji II Zarządu Sztabu Generalnego w sprawie przejęcia akt "dwójki" świadczy korespondencja prowadzona pomiędzy Centralą a pracownikami wywiadu wojskowego. W odpowiedzi na prośbę Cyrusa z Waszyngtonu przesłano pismo, w którym czytamy:
Melduję, że zgodnie z poleceniem przełożonego 11.05.1990 roku przebywałem w Instytucie im. J. Piłsudskiego w Nowym Jorku. Pretekstem do złożenia wizyty było przekazanie paczki z książkami od wiceministra obrony narodowej B. Komorowskiego, który jako członek delegacji premiera w czasie marcowej wizyty w USA pozostawił ją w naszej placówce z prośba o dostarczenie do w/w instytutu. W trakcie pobytu we wspomnianym instytucie zostałem przyjęty przez p. Janusza Ciska. Po przekazaniu mu w/w paczki zapytałem o możliwości i warunki uzyskania materiałów kopii dokumentów, itp. odpowiadających postawionemu przez Centralę zadaniu. Mój rozmówca stwierdził, iż instytut nie dysponuje uszeregowanymi w ten sposób gotowymi materiałami (...) Dla ułatwienia zorientowania się co do zawartości zbiorów instytutu rozmówca przekazał mi broszurę-przewodnik, który przesyłam w załączeniu. (...) W trakcie rozmowy p. J. Cisek zachowywał się z pewną wyniosłością. Z jego strony ton rozmowy był raczej oschły. Odniosłem wrażenie, że nie jest on zainteresowany udzieleniem jakiejkolwiek pomocy w uzyskaniu interesujących nas materiałów - podpisano mjr Czesław Kwaśniuk.
W dalszej części dokumentu widnieje adnotacja, że wiceminister B. Komorowski został poinformowany przez Oddział Ataszatów Wojskowych o dostarczeniu przesyłki.

Nie pamiętam tej sprawy - mówi Janusz Cisek, obecnie dyrektor Muzeum Wojska Polskiego. W operacji przejęcia dokumentów dwójki z Instytutu im. Józefa Piłsudskiego przez pion operacyjny wywiadu wojskowego PRL uczestniczyli m.in. płk Stanisław Woźniak, mjr Zbigniew Demski oraz płk Janusz Szatan. Ten ostatni był autorem koncepcji przejęcia firm polonijnych dla łączności między agentami wojskówki a Centralą II Zarządu Sztabu Generalnego LWP.

Co ciekawe, na jednym ze wspomnianych dokumentów  figuruje nagłówek: "Po zapoznaniu się spalić!".
Wszystkie zagraniczne dokumenty pochodzące z centrali wywiadu były szyfrowane. Po rozkodowaniu depeszy szyfrant zawsze dopisywał spalić, by nie było śladu żadnej działalności szpiegowskiej na terenie obcego kraju ? dokumenty wywiadu nie były archiwizowane. To, że do dziś zachowały się tajne dokumenty wywiadu, świadczy o tym, że ktoś celowo nie dochował procedury. Być może planowano je wykorzystać w przyszłości w jakiś sposób - mówi oficer polskich służb specjalnych.

> Kadry WSI

Jak wynika z dokumentów, Bronisław Komorowski, mimo że na początku lat 90. był wiceministrem obrony narodowej ds. wychowawczo-społecznych, miał związki z II Zarządem Sztabu Generalnego i Wojskową Służbą Wewnętrzną, które później zmieniły nazwę na Wojskowe Służby Informacyjne.

Bronisław Komorowski po ustaleniach z gen. Florianem Siwickim mianował szefem kontrwywiadu WSI płk. Lucjana Jaworskiego, byłego żołnierza Wojskowej Służby Wewnętrznej, który przed 1989 r. prowadził sprawy operacyjne wymierzone przeciwko opozycji demokratycznej. Wśród inwigilowanych i rozpracowywanych przez niego osób byli m.in. Łukasz Abgarowicz, Ryszard Bugaj, Agnieszka Arnold, Helena Łuczywo i Maciej Iłowiecki. Warto przypomnieć, że w 1992 r. w Sejmie płk Jaworski stwierdził, że WSW to był "zwykły kontrwywiad wojskowy", który nigdy nie działał przeciw opozycji politycznej czy "Solidarności".

W Raporcie z Weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych znajduje się wyjaśnienie płk. Jaworskiego, że min. Komorowski zgodził się, abym mógł dobierać sobie ludzi do kontrwywiadu (WSI)
Jest to kolejny dowód, że Bronisław Komorowski dobierając kadry WSI, oparł je na ludziach z wojskowych służb specjalnych PRL. Później płk Lucjan Jaworski nadzorował SOR "Szpak", czyli rozpracowanie przez WSI obecnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, oraz zwalczał działania młodych oficerów pragnących zdekomunizować wojsko.

Bronisław Komorowski w 1992 r. ostro sprzeciwił się lustracji w wojsku, twierdząc, że "ten kształt ustawy oznacza odejście z wojska prawie 100 proc. generałów i pułkowników". Chciał, żeby problem dekomunizacji w wojsku został "rozpatrzony osobno", m.in. przez "świadomą politykę kadrową" kierownictwa resortu obrony narodowej.

Komorowski, godząc się na "stare kadry", przekonywał, że wojskowe służby specjalne były poza wpływem sowieckiego wywiadu. Przykładem tego jest rozmowa z Jarosławem Kurskim ("Gazeta Wyborcza", lipiec 1992), w której Komorowski polemizował z wypowiedzią Józefa Szaniawskiego, dziennikarza "Tygodnika Centrum", autora artykułu pod tytułem: "Agenci KGB w Wojsku Polskim".

"Wymieniono w nim nazwiska kilkudziesięciu wyższych oficerów z zaznaczeniem, że są agentami obcego mocarstwa. Opinię tę podzielały środowiska polityczne niedawnych szefów MON. Dlaczego więc w czasie swojego urzędowania nie uczynili nic, by zarzuty te sprawdzić i udowodnić przed sądem? Dlaczego niewinnych nie oczyszczono od zarzutów? O ile wiem, nie zdołano zdemaskować w wojsku ani jednego agenta GRU. (...) Między służbami specjalnymi Wojska Polskiego i armii radzieckiej istniała ścisła współpraca. Była to jednak raczej współpraca instytucji, a nie kontakty agenturalne oparte na zasadzie indywidualnego werbunku. Po co więc radzieckie służby specjalne miałyby lokować agentów w instytucji w pełni sobie podporządkowanej? To jest wątpliwe. W ramach tej zinstytucjonalizowanej współpracy na wysokich szczeblach byli przedstawiciele służb radzieckich. To są fakty i temu nikt nie przeczy. Uważam, że odwołanie radzieckich oficerów łącznikowych rezydentów powinno przerwać współpracę. A oni odwołani zostali już dawno. Zarzut współpracy z obcym wywiadem to ciężkie oskarżenie. Takich oskarżeń nie można wygłaszać publicznie, jeśli się nie ma niezbitych dowodów. Podtrzymywanie przez Sikorskiego   tych zarzutów dzisiaj, po odejściu z ministerstwa, jest próbą usprawiedliwienia własnej nieudolności. To nie jest gra fair. (...) Minister Sikorski skarżył się, że był podsłuchiwany. To śmieszne, chwalić się przed zachodnim czytelnikiem, że było się podsłuchiwanym przez własnych podwładnych. Takie fakty się sprawdza, a winnych bierze za łeb - mówił GW Bronisław Komorowski.

Fakty są tymczasem takie, że kadry WSI wywodzące się z wojskowych służb specjalnych PRL były szkolone w Moskwie przez GRU (żołnierze WSW szkoliło KGB) i pod wpływem sowieckich służb specjalnych, co potwierdza Wiktor Suworow.
Szkolenia w ZSRR przeszli m.in. gen. Marek Dukaczewski, ostatni szef WSI, były doradca prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, gen. Bolesław Izydorczyk (szef WSI w latach 1992-1994), kontradmirał Kazimierz Głowacki (szef WSI w latach 1996-1997).

Ostatnie szkolenia prowadzone były przez KGB i GRU jeszcze na przełomie lat 80. i 90., gdy rozpad bloku komunistycznego był już nieuchronny. Według danych posiadanych przez Komisję Weryfikacyjną na sowieckie kursy wysłano oficerów, co do których planowano, iż po zmianach politycznych obejmą w nowych służbach specjalnych stanowiska kierownicze (oraz agenturę wpływu). Dla niektórych uczestników było to już drugie takie szkolenie. Przypadki szkolenia oficerów WSI w Rosji odnotowano jeszcze w 1992 -i 1993 r. czytamy w Raporcie z weryfikacji WSI, z którego wynika, że co najmniej 300 żołnierzy WSI zostało przeszkolonych przez GRU lub KGB.

W katastrofie samolotu zginęli najwyżsi urzędnicy, zmierzający do ujawnienia dokumentów tajnej policji 
oraz byłych i obecnych jej współpracowników, zarówno polskiej, jak i sowiecko-rosyjskiej bezpieki.  
Dziś brakuje w Polsce najwyższej politycznej osłony dla kontynuowania tego dzieła. To dokładnie po myśli Putina.
Czasy się zmieniają, sposoby, w jakie państwa ukrywają swoje niekwestionowane zbrodnie, pozostają niezmienione. Wszelkie próby wymuszenia przyznania się lub choćby upamiętnienia zbrodni wywołują desperackie, czasem niezrozumiałe akty odwetu lub wypierania.
Turcja, wykorzystując swoje bieżące strategiczne położenie, wymusza na USA ślepotę na zagładę Ormian z lat 1915-1923, podczas której Imperium Otomańskie, poprzednik dzisiejszej Turcji, wymordowało milion etnicznych Ormian. Japonia odmawia przyznania się do okrutnych zbrodni na setkach tysięcy chińskich kobiet, dzieci 
i mężczyzn w masakrze Nanking z 1937 r. Ruandyjskie ludobójstwa z 1994 r., które pochłonęły milion Tutsi stanowiących 20 proc. całej populacji, zostały zanegowane, następnie wyparte i ostatecznie formalnie skazane 
na zapomnienie w trosce o pospieszne i połowiczne pojednanie. 
Trwające w latach 1992-1995 zbrodnie serbskich nacjonalistów na Bośniakach zamknęły się w liczbie 200 tys. zabitych, milionie wygnanych, a zakończyły się całkowitym, oficjalnym wyparciem się odpowiedzialności. 
Somalijscy muzułmanie mordowali somalijskich rolników, aby odebrać im ziemię, zwierzęta i zbiory, podczas 
gdy ONZ bezczynnie ględziło o zapewnieniach muzułmańskiego rządu, że jedyne, co się dzieje, to nieistotne 
i niegroźne lokalne potyczki.
Negowanie prawdy nie ustaje. Rzeź trwa w Darfurze (Sudan). Nawet USA bagatelizuje swoje własne zbrodnie 
sprzed 200 lat, kiedy trwały rzezie tubylczych Indian potrzebne po to, by przejąć zajmowane przez nich ziemie. 
Dekady później nawet porozumienia zawarte z Indianami zostały złamane przez białych osadników. 
Po tym ponurym wstępie dochodzimy do mordu 22 tys. polskich oficerów z 1940 r., którego historia zakończyła się nieudaną próbą uczczenia przez Polaków ofiar w 70. rocznicę zbrodni w lasach katyńskich (niedaleko Smoleńska w Rosji). Zbrodni na Polakach dokonała sowiecka bezpieka - fakt, któremu w Sowieckiej Rosji i w Rosji obecnej zaprzeczano długie lata, ostatnio za sprawą inspirowanych przez Putina  historyków'. 
Rzezi dokonano z rozkazu Ławrientiego Berii, szefa NKWD, rozkazu zaaprobowanego przez Stalina i Politbiuro. 
Beria to poprzednik kagiebowca Władimira Putina. 
Na listę ofiar z katyńskiego lasu złożyło się 8 tys. polskich oficerów, pozostali to lekarze, profesorowie, ustawodawcy, policjanci, urzędnicy, właściciele ziemscy, fabrykanci, prawnicy, księża i wszyscy ci, których można było uznać za polską inteligencję.
Prezydent Lech Kaczyński, jego żona i brat-bliźniak wraz z najwyższymi przedstawicielami państwa, najwyższymi dowódcami, szefem Banku Narodowego, zastępcą ministra SZ, przedstawicielami polskich kościołów oraz krewnymi ofiar katyńskiej zbrodni zebrali się na Warszawskim lotnisku przed odlotem rządowym samolotem do Smoleńska. 
W ostatniej chwili z wejścia na pokład samolotu zrezygnował Jarosław, który zdecydował się pozostać 
przy będącej w podeszłym wieku i złym stanie zdrowia matce. 
Polacy zapomnieli o jednym, o rosyjskim motcie: `Zaprzeczamy wszystkiemu'. 
Wizyta w Smoleńsku miała podkreślać ostateczne przyznanie się Rosji jako sprawcy zbrodni, po latach obciążania odpowiedzialnością Niemców. Przyznanie się do zbrodni, którą tak bardzo starali się ukrywać przez 70 lat. Komitet powitalny miał jednak inny pomysł. Putin nie oczekiwał z niecierpliwością na taką uroczystość. 
Częścią jej przekazu był znany powszechnie krytycyzm prezydenta Kaczyńskiego, tak pod adresem Moskwy, 
jak i Putina - coś, co wielu ludzi w Rosji i poza jej granicami kosztowało życie.
Wcześniejsze, obliczone na zniechęcenie, wymagania Rosji, aby wizyta nie miała statusu oficjalnego, 
nie zniechęciła Polaków. Kaczyński pojechałby tak czy inaczej - w charakterze nieoficjalnym czy prywatnym. 
Dla Rosjan taka różnica to żadna różnica. Echo, jakim uroczystość odbiłaby się na świecie, nie musiałoby być 
słabsze bez względu na charakter wizyty. 
Problem, na który nowoczesna Rosja ma właściwe rozwiązanie:  tragiczny wypadek'. 
Tak. Samolot rozbił się o 10:41 czasu moskiewskiego 10 kwietnia na podejściu do lądowania na smoleńskim lotnisku, przy złej pogodzie. Zginęło 96 osób. Praktycznie wszyscy w Polsce i wielu na całym świecie podejrzewali, że Rosja, a w szczególności Putin, musieli przyłożyć do katastrofy rękę. Przekonanie niespecjalnie niezrozumiałe, skoro te same przypuszczenia towarzyszyły zatruciom czy tajemniczym  naturalnym' zgonom krytyków Putina: Annie Politkowskiej, Aleksandrowi Litwinience czy wielu innym. 

Samolot 
Dwudziestoletni rosyjski TU-154M był cztery miesiące wcześniej wyremontowany i doposażony (zapewne i w pluskwy) w Rosji. TU-154 to samolot trzysilnikowy, podobny do Boeinga 727. Samolot wyposażony był we wszelkie konieczne urządzenia nawigacyjne w tym takie, które pozwalają na bezpieczne lądowanie nawet przy złej pogodzie. Oprzyrządowanie było nowoczesne i najwyższej klasy, zamontowany był m.in. odbiornik systemu ILS, który doprowadziłby samolot do progu pasa - gdyby tylko odpowiedni odbiornik i nadajniki systemu ILS funkcjonowały bez problemów na lotnisku. 
TU-154M był wyposażony w amerykański TAWS w najnowocześniejszej wersji nazywanej GPWS. Podczas remontu zainstalowano również system telefonii satelitarnej. Ponieważ telefony satelitarne mogą zakłócać funkcjonowanie innych pokładowych urządzeń, podczas instalacji wyeliminowano ten problem. Prezydent Kaczyński rozmawiał z bratem podczas lotu do Smoleńska. Samolot miał na pokładzie również dwie rosyjskie  czarne skrzynki' rejestrujące krytyczne parametry lotu, jedną polską  czarną skrzynkę' oraz rejestrator audio - urządzenia, które w razie katastrofy pozwalają na ustalenie jej przyczyn. 

Smoleńskie lotnisko 
Nadajniki systemu ILS na smoleńskim lotnisku to rosyjska odmiana amerykańskiego systemu. System ILS emituje dwie wiązki - pierwsza, tzw. glide slope - pomaga we właściwym zniżaniu się do lądowania samolotu, druga utrzymuje samolot w osi pasa do lądowania. W pewnych okolicznościach instalacje naziemne mogą funkcjonować nieprawidłowo - może tak się zdarzyć np. w sytuacji, gdy przed antenami nadajnika przebywałby w ruchu lub był zaparkowany jakiś pojazd. Amerykańscy piloci lądujący na ILS muszą uzyskać od wieży kontroli lotów zapewnienie, że teren przed antenami ILS jest czysty. 
Pilot TU-154, który lądował z premierem Tuskiem na smoleńskim lotnisku zaledwie kilka dni wcześniej, nie miał żadnych problemów. Nie miał również najmniejszych problemów z komunikacją z wieżą, jako że płynnie znał język rosyjski.
Co ciekawe - dla rosyjskiego premiera Władimira Putina, który również lądował w Smoleńsku kilka dni wcześniej, zainstalowano przenośny system nawigacyjny - prawdopodobnie urządzenie typu radar GCA (Ground Controlled Approach radar), które podobnie jak ILS umożliwia pilotowi doprowadzenie do bezpiecznego lądowania przy złej pogodzie. Putin odleciał po trzech godzinach. Przypuszczam, ze piloci Putina wiedzieli, 
że na smoleńskim ILS-ie nie można polegać i z tego powodu zażądali ze względów bezpieczeństwa własnego CGA. Czterdzieści minut przed katastrofą rosyjski JaK-40 wiozący 40 osób wylądował bezpiecznie. 
Dwadzieścia minut przed katastrofą Rosyjski samolot AWAC zaledwie dotknął kołami pasa w manewrze touch-and-go i nie wylądowawszy, odleciał z powrotem do Moskwy. 

Smoleńskie lotnisko było zamglone, ale jego obsługa nie podała komunikatu o zamknięciu pasa. Gdy TU-154 zbliżał się do lotniska, wieża zasugerowała pilotowi lot do Moskwy. Pilot odpowiedział, że podejdzie na próbę i jeśli lądowanie się nie uda, odleci na lotnisko zapasowe. Na dalszym markerze samolot znajdował się na właściwym kursie podejścia. Na bliższym, kilometr od pasa, okazuje się, że samolot zszedł z osi 40 do 60 m na lewo, jego wysokość nad ziemią wynosi 2,5 m, tj. poniżej ścieżki zejścia, leci z prędkością ok. 280 km/h, z przepustnicami otworzonymi do odejścia i w tym właśnie momencie uderza w ziemię. Podana prędkość samolotu musi jednak być błędna. To jest dwukrotnie wyższa prędkość niż przewidziana do normalnego lądowania. Dodatkowo w tym momencie pilot zaaplikował zwiększenie ciągu silników jak do rezygnacji z lądowania - ale było za późno. Samolot uderzył w drzewa, przekręcił się podwoziem do góry i uderzył w ziemię daleko od progu pasa.
 
Następstwa, Zatajanie, Zaprzeczanie i Dezinformacja 
Prezydent Rosji Miedwiediew zadeklarował, że Rosja wspólnie z Polską będzie dochodzić przyczyn katastrofy - piękne słowa, miłe uszom zachodnich obserwatorów. Natychmiast po katastrofie i jeszcze zanim rozpoczęło się jakiekolwiek śledztwo, rosyjski  minister ds. bezpieczeństwa' oznajmił, iż przyczyną katastrofy był błąd pilota (dobrze, że zaczekali do momentu po katastrofie), który nie znał rosyjskich komend w rozmowach z wieżą. Edmund Klich, szef polskiego KBWL, oznajmił niedługo potem, że kontroler prowadzący rozmowy z prezydenckim samolotem zniknął. Rosjanie stwierdzili, że przeszedł na emeryturę.
Jak się okazało, polski pilot znał płynnie język rosyjski, ale dla tego śledztwa był to mało istotny szczegół. Rosjanie błyskawicznie przejęli kontrolę nad terenem katastrofy, odnaleźli  czarne skrzynki' oraz - takich okazji wywiad nigdy nie przepuści - ogołocili zwłoki wszystkich 96 martwych pasażerów z rzeczy osobistych, takich jak bagaże, laptopy, nośniki pamięci flash, telefony, dokumenty, wszelkie dane z nazwiskami, numerami telefonów i korespondencją, tajne dyplomatyczne i wojskowe kody - łup dla rosyjskiego wywiadu. Z powodu wagi sprawy 
w wywiadowczym sensie oraz z potrzeby omamienia opinii publicznej kuglarskimi sztuczkami w nadchodzącej grze w zaprzeczenia, Putin osobiście mianował się szefem dochodzenia. Mistrz, który zna swe rzemiosło. 
Rosjanie tygodniami odwlekali zwrot mniej istotnych dowodów, jednakże te o wywiadowczej wartości zatrzymali u siebie. Ciała odesłano do Moskwy na  autopsje', w których nie mógł uczestniczyć żaden polski personel medyczny. Po raptem sześciu dniach zwrócono telefon Prezydenta Kaczyńskiego. Funkcjonariusze rosyjskich służb bezpieczeństwa przesłuchiwali członków rodzin ofiar, którzy po ciała musieli polecieć do Moskwy. Przesłuchania trwały nierzadko godzinami, a warunkiem odzyskania ciał było zakończenie przesłuchań. Nie ma najmniejszych dowodów na to, że ciała wróciły w komplecie. Odesłano je w zapieczętowanych trumnach, których nie pozwolono otworzyć rodzinom. Według polskiego prawa zgodę na ekshumację wydaje prokuratura, wszelkie prośby ze strony rodzin są odrzucane, zapewne w trosce o nieranienie uczuć Rosjan.
Jeśli chodzi o samo dochodzenie, Rosjanie zatrzymali  czarne skrzynki' i odmawiają ujawniania jakichkolwiek ustaleń poza stwierdzeniem, iż może upłynąć nawet rok, zanim cokolwiek będzie wiadomo. To w istocie może zająć dużo czasu. Putinowska  komisja' prowadząca śledztwo potrzebuje go dużo - aby zatarła się pamięć 
i aby wszystko poukładało się zgodnie z rosyjskimi potrzebami odnośnie przyczyny katastrofy. 
Może się zdarzyć, że dochodzenie będzie trwać tak długo, jak długo trwało przyjęcie odpowiedzialności za Katyń. 
Choć rosyjskie dochodzenie łamie kilka umów - Konwencję Chicagowską, która zarządza prowadzeniem dochodzeń międzynarodowych czy dwustronne porozumienie z 1993 r. - łamanie umów jest standardową rosyjską procedurą działania. Polski przedstawiciel mający kontakt  z rosyjskim dochodzeniem powiedział:  Wiemy, co się stało, ale Rosjanie zabraniają o tym mówić'. Wszyscy, nawet średnio rozgarnięci to wiedzą.
To tylko spiskowa teoria? 
Spiskowych teorii jest pod dostatkiem. Patrząc na Katyń, zachowanie innych krajów mających na koncie podobne zbrodnie, KGB-owska historia zamachów, zabójstw, ludobójstw, których celem była eliminacja przeciwników, krytyków czy kogokolwiek, kto stał się niewygodny - to wszystko sprawia, że trudno się dziwić, iż Polacy (i nie tylko Polacy) widzą w tym wydarzeniu ciężką rosyjską rękę. W latach 30. XX wieku [Sowieci] zagłodzili prawie 20 milionów Ukraińców, dalsze miliony ich własnych obywateli przypłaciły życiem byt ZSRS. 
Czymże zatem jest zabicie pod Smoleńskiem niespełna setki niewygodnych Polaków, którzy tak zuchwale dążyli 
do ujawnienia prawdy o wojennej zbrodni Rosji?
To była również premia za alians Polski z NATO. Środowiska ludzi związanych z wywiadem dobrze pamiętają sowieckie sztuczki polegające na manipulowaniu sygnałami nawigacyjnymi, które umożliwiały ściąganie amerykańskich samolotów wojskowych w przestrzeń powietrzną ZSRS, po to, by je następnie zestrzelić 
za  naruszenie świętego Sowieckiego terytorium'. Nie było problemem zestrzelenie koreańskiego samolotu pasażerskiego Boeing 747 i zabicie kilkuset cywili. Rosyjskim działaniem w tej chwili będzie kierować chęć jak najszybszego zakończenia sprawy, aby równie szybko  zapomniano o tej tragicznej uroczystości. W katastrofie samolotu zginęli najwyżsi urzędnicy, którzy stali za działaniami zmierzającymi do ujawnienia dokumentów tajnej policji oraz byłych i obecnych jej współpracowników, zarówno polskiej, jak i sowiecko-rosyjskiej bezpieki. Po śmierci tych ludzi brakuje w Polsce najwyższej politycznej osłony dla kontynuowania tego dzieła. To jest dokładnie po myśli Putina. Premier Tusk to słaby i podatny manipulacji człowiek, który nienawidził zmarłego Prezydenta. Teraz Rosja ma już swojego człowieka na miejscu, bez opozycji ze strony silnie antykomunistycznego prezydenta.
W sensie politycznym Rosjanie przewidzieli, że płaszczenie się przed nimi (sławny  reset', rezygnacja z tarczy antyrakietowej obiecanej Polakom i Czechom, nasze przyzwolenie na napaść na Gruzję i aktywność na Ukrainie, błagania o  pomoc' w sprawie Iranu) będzie zielonym światłem do tego, co się dzieje wokół katastrofy. 
Doszli do wniosku, że nie piśniemy ani słowa - nie mylili się. 
A co, jeżeli w ogóle, może zrobić Ameryka? Nic. Mamy w bród własnych problemów - wojny w Iraku i Afganistanie, katastrofa ekologiczna w Zatoce Meksykańskiej, Korea Północna szykująca się do nowej wojny, a w kraju - niepokoje spowodowane latynoską inwazją błędnie nazywaną  imigracją', upadająca gospodarka i inne polityczne tsunami. Ponadto argument strategiczny nie jest zarezerwowany wyłącznie dla Turcji. 
Czyż Rosja nie pomaga w wojnie z terroryzmem? To oznacza, że amerykańska wściekłość z powodu polskiej 
katastrofy będzie równie pusta i bezzębna jak rosyjskie śledztwo. 
Polacy jednak postrzegają to wszystko jako Jałtę II, to znaczy jako kolejny akt zdrady. 
Polska wrze; obamiści mogą myśleć, że to się poukłada, ale Polacy i reszta Europy Wschodniej wiedzą lepiej. 
Dla nich jest to akt monumentalnej zdrady. 
Życie - tak jak i historia - jest niesprawiedliwe. Polacy są w tej samej sytuacji co Ormianie, Somalijczycy, Indianie, Inkowie, Eskimosi i inni. Bieżące strategiczne sojusze wypierają wcześniejsze tragedie. Ja ignoruję wasze zbrodnie, wy moje. Wina to przepustka. 
Jak telewizyjnym sitcomowym slangu - `Nobody Talks, Everybody Walks'
(`Nikt nic nie mówi, każdy idzie dalej'). 
I jak w starym kagiebowskim powiedzonku -  to nie wypadek, towarzyszu'.


Wspólny przodek Kaczyńskich i Komorowskiego

Prezydent Lech Kaczyński i jego potencjalny następca, Bronisław Komorowski mają wspólnego przodka. Tak wynika z analizy przeprowadzonej przez dr Marka Jerzego Minakowskiego, autora między innymi serwisu sejm-wielki.pl.
Wspólnym przodkiem Bronisława Komorowskiego oraz Lecha Kaczyńskiego (i jego brata Jarosława) był żyjący ponad 400 lat temu Andrzej z Kurozwęk Męciński herbu Poraj, który zmarł ok. 1619 roku.


Andrzej Męciński działał głównie w okresie rokoszu Zebrzydowskiego w 1606 roku. Obóz królewski uważał go za jednego z aktywniejszych przywódców rokoszowych. Jako poseł z sejmiku proszowskiego zerwał sejm 1606 r.

Tyle annały historii. Żeby jednak dojść od Męcińskiego do Kaczyńskich i Komorowskiego, trzeba prześledzić losy dzieci Męcińskiego.

Syn Andrzeja, Wojciech Męciński (zm. 1670) pozostawił córkę Katarzynę, która poślubiwszy starostę wieluńskiego Marcina Olszowskiego (lub Olszewskiego, nie było wtedy dowodów osobistych, a wymowa była dość płynna, więc w różnych źródłach w różnym czasie nazwisko było pisane różnie). Syn Katarzyny i Marcina, Józef Olszowski zmarły w 1712 r. to praprapradziadek Julii z Olszowskich Brzezińskiej, która jest przedstawiona w Genealogii potomków Sejmu Wielkiego na stronie. Można tam łatwo sprawdzić, że Julia to prababcia Jadwigi z Jasiewiczów Kaczyńskiej, matki prezydenta Lecha i byłego premiera Jarosława Kaczyńskich.
REKLAMA


Córka Andrzeja, Katarzyna Męcińska (ur. ok. 1608), miała kilku mężów. Jednym z nich był niesławny Hieronim Radziejowski, którego wszyscy znamy z początkowych rozdziałów Sienkiewiczowskiego "Potopu" jako arcyzdrajcę, który sprowadził Szwedów do Polski. Była już wtedy wdową po Piotrze Wojnie, z którym miała córkę Annę, żonę wojewody trockiego Hieronima Dominika Paca. Córka Paców, Katarzyna, była prababcią Stefana Dominika Römera (zm. 1793), przedstawiciela znanej rodziny Niemców łotewskich (kurlandzkich), mocno już wtedy spolszczonych. Praprawnuczką tegoż Stefana była Eliza Römer, która w 1891 w Wilnie wyszła za Zygmunta hr. Komorowskiego, a jak widać w Genealogii potomków Sejmu Wielkiego – jej prawnukiem jest Bronisław hr. Komorowski, marszałek Sejmu RP i kandydat na urząd prezydenta Rzeczypospolitej.

http://www.polonica.net/KTO_jest_KIM.htm


MONDAY, NOVEMBER 30, 2009

Iwo Cyprian Pogonowski OSZCZERSTWA BRUMBERGA W PRESTIŻOWYM PIŚMIE AMERYKAŃSKIM ,,FOREIGN AFFAIRS”

Iwo Cyprian Pogonowski OSZCZERSTWA BRUMBERGA W PRESTIŻOWYM PIŚMIE AMERYKAŃSKIM ,,FOREIGN AFFAIRS”

Państwowe Muzeum Oświęcim - Brzezinka - Auschwitz - Birkenau

Tadeusz Wojtkowski - Prezes Towarzystwa Historycznego Stop

Janusz Marszałek - założyciel pierwszej w Polsce prywatnej wioski dziecięcej, prezes spółki akcyjnej "Maja"

Marek Rawecki - Zespół ds. Studium zagospodarowania przestrzennego strefy ochronnej Państwowego Muzeum w Oświęcimiu

Jan Knycz - Przewodniczący Rady Miejskiej w Oświęcimiu

Edward Moskal - Prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej

Profesor Iwo Cyprian Pogonowski


Rada Polityki Zagranicznej USA (The Council on Foreign Relations in Washington) wydaje dwumiesięcznik pt. Sprawy Zagraniczne (Foreign Affairs Magazine), w którym jest wyznaczany zakres alternatyw polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Rada Polityki Zagranicznej USA zajmuje dominującą pozycję dzięki ciągłości swego istnienia i składu członków, którzy zaliczają się do najwybitniejszych naukowców i dyplomatów Stanów Zjednoczonych. Od Drugiej Wojny Światowej rada ta wybrała każdego ministra spraw zagranicznych USA, niektórzy z nich nie byli osobiście znani prezydentom, którym mieli służyć. Wrześniowy i październikowy numer Spraw Zagranicznych zawiera oszczerczy artykuł o Polsce p.t. Polacy i Żydzi Abrahama Brumberga, w którym z aprobatą cytowane jest zdanie z książki ,,Sąsiedzi” J. T. Grossa: "zbrodnicze refleksy społeczeństwa polskiego skierowane przeciw Żydom nie były przypadkowymi zdarzeniami...." Wypowiedz ta jedynie zmienia podmiot napaści podczas gdy jest równoznaczna ze znaną opinią Hitlera o Żydach jako rasie urodzonych zbrodniarzy.

Zamieszczenie tak oszczerczego i antypolskiego artykułu w "Sprawach Zagranicznych" bezpośrednio po oficjalnej wizycie prezydenta Kwaśniewskiego w USA oznacza, że polityka amerykańska w stosunku do Polski nie uległa poprawie mimo przyjaznych spotkań obu prezydentów przed kamerami telewizyjnymi.

Od dawna znana rasistowska i wroga postawa Brumberga wobec Polski jest bardzo podobna do stanowiska nazistów wobec Żydów w czasie Drugiej Wojny Światowej. W artykułach ,,Poles and Jews” oraz ,,Murder Most Foul” Brumberg potępia Naród Polski razem z jego tradycją tolerancji i walki o wolność. Brumberg stara się przedstawić Polaków jako degeneratów, których jedynym celem w życiu jest znęcanie się nad Żydami. Jest to analogiczne do nazistowskiego obrazu Żydów prze wojną, których jedynym celem w życiu miało być szkodzenie aryjczykom. Nie ulega wątpliwości, że rasistowski artykuł Brumberga, jak i wspomniana książka Grossa prowadzą do wzajemnej nienawiści i utrudniają zjednoczenie się ludzi w szacunku do ofiar minionych krzywd, niesprawiedliwości i zbrodni systemów totalitarnych.

Należy raz jeszcze zaznaczyć, że Rada Polityki Zagranicznej USA (The Council on Foreign Relations in Washington) wyznacza kierunek polityki zagranicznej USA i ma więcej wpływu na stosunki Stanów Zjednoczonych z innymi państwami niż mają tak parlament, jak i prezydent USA. Wydanie w obecnej chwili artykułu pełnego pogardy i oszczerstw pod adresem Polski oznacza poparcie przez Rade Polityki Zagranicznej USA kampanii wymuszenia okupu od Państwa Polskiego, i to na bez porównania większą skalę, niż okup który niedawno zapłaciła Szwajcaria. Kampanią tą, o czym już pisałem we wcześniejszych artykułach, kieruje Światowa Żydowska Organizacja Roszczeniowa (World Jewish Restitution Organization of the World Jewish Congress).

Po wojnie, żydowski ruch roszczeniowy ( World Jewish Restitution Organization of the World Jewish Congress) odniósł sukcesy w zdobywaniu kolosalnych sum od rządu niemieckiego, a ostatnio uzyskał on od banków szwajcarskich sumę tysiąc dwustu pięćdziesięciu tysięcy milionów dolarów (miliarda dwustu pięćdziesięciu tysięcy) niby jako odszkodowanie za sprzeniewierzenie trzydziestu dwu milionów dolarów w 755 kontach przedwojennych (według oficjalnej komisji bankiera amerykańskiego Volckera). Uważa się, że tak wielka suma była okupem banków szwajcarskich zagrożonych bojkotem i utratą prawa do funkcjonowania na rynku nowojorskim. Ostatnio ruch roszczeniowy uzyskał od władz niemieckich blisko połowę całego funduszu odszkodowań za pracę niewolniczą w Niemczech bez sporządzenia odpowiedniej listy imiennej. Stało się to ku oburzeniu jeszcze żywych setek tysięcy weteranów pracy niewolniczej w Niemczech. Ludzie ci zdają sobie sprawę, że obecnie przy życiu nie ma więcej jak dziesięć tysięcy żydowskich weteranów pracy niewolniczej, ponieważ było ich już tylko około pięćdziesięciu tysięcy w 1945 roku na terenie Niemiec.
Teraz aby móc w dalszym ciągu funkcjonować i wymuszać odszkodowania od następnego państwa, ruch roszczeniowy musi udowodnić opinii światowej, jakie to jeszcze inne państwo brało udział w zagładzie Żydów. Tak wiec teraz przyszła kolej na Polskę, w której nieruchomości (tereny, budynki, etc.) jako członka NATO i potencjalnego członka Unii Europejskiej wnet będą bez porównania więcej warte niż są w dniu dzisiejszym. Tak więc wartość rynkowa przedwojennych posiadłości żydowskich w Polsce pójdzie w górę, wielokrotnie wyżej niż jest ich obecna wartość – stanowi to łakomy kąsek dla ,,przedsiębiorstwa Holokaust”.

Zdobycie prawa własności do tych obiektów przez żydowski ruch roszczeniowy może być spowodowane presją amerykańską na Polskę. Obiekty te przedstawiają około 15% do 20% całego polskiego majątku narodowego i będą wkrótce warte ponad sto tysięcy milionów dolarów (sto miliardów dolarów), tak że zdobycie kontroli nad nimi uczyniłoby ruch roszczeniowy (World Jewish Restitution Organization of the World Jewish Congress) największym potentatem finansowym i politycznym w Polsce. Ruch ten w krótkim czasie mógłby zmienić Polskę w satelitę Izraela i mieć ją w rezerwie na ponowną kolonizację przez Żydów, zwłaszcza jeśli ich życie w Izraelu stanie się nie do zniesienia.

Po Polsce żydowski ruch roszczeniowy najprawdopodobniej zainteresuje się Węgrami, Czechami, Słowacją, a następnie byłymi republikami sowieckimi Ukrainą, Białorusią, Litwą i Łotwą, w miarę jak kraje te odbudują się gospodarczo i będą mogły wstępować do NATO i do Unii Europejskiej, co jak wiemy nie wydaje się odległą perspektywą.

Żydowski ruch roszczeniowy jest popierany przez syjonistyczne lobby, które już zorganizowało pogróżki członków amerykańskiego parlamentu pod adresem Polski - senator Hilary Clinton jest jednym z prowodyrów w akcji tych pogróżek. Niedawno członkowie Sejmu polskiego, którzy usiłowali ograniczyć wysokość odszkodowań żydowskich byli oskarżeni przez Światowy Związek Żydów (World Jewish Congress) o "anty-amerykanizm" – oszczercze oskarżenie bardzo szkodliwe dla Polski, gdy jest ona tak bardzo uzależniona od dobrej woli rządu amerykańskiego. Oskarżenia te są wygłaszane mimo tego że w czasie niedawnej formalnej wizyty prezydenta Kwaśniewskiego, prezydent Bush powiedział, że Polska jest najbardziej proamerykańskim krajem w NATO.

Powtórzenie Schematu Propagandy Nazistowskiej

Żydowski ruch roszczeniowy (World Jewish Restitution Organization) zdobywa wielki rozgłos, który daje mu darmową światową reklamę. Od lat było wiadomo, że w czerwcu 1941 roku rząd niemiecki zdecydował się rozpowszechniać propagandę mającą przekonać świat, że niemiecka inwazja na Sowiety była entuzjastycznie witana przez ludność, która doświadczyła sowieckiego terroru. Niemiecka propaganda głosiła, że ludność terenów przyfrontowych z zemsty masowo mordowała komunistów i Żydów. Mordy te były opisywane jako reakcja ludności miejscowej na wcześniejsze sowieckie prześladowania.

Żeby zapewnić sukces swojej propagandzie nazistowski rząd niemiecki nakazał (rozkaz R. Heydricha z 29 czerwca 1941 roku) oddziałom egzekucyjnym zacierać wszelkie ślady swej obecności przy egzekucjach, nie robić dziennych raportów, jak również zakazane były zdjęcia pamiątkowe, które żołnierze niemieccy często sobie robili ze swoimi ofiarami. Brak niemieckiej dokumentacji dotyczącej masowych egzekucji przyfrontowych pozwolił ludziom z żydowskiego ruchu roszczeniowego ponownie zastosować przeciwko Polakom ten sam nazistowski schemat propagandowy oskarżający o zbrodnie niemieckie miejscową ludność. Ruch roszczeniowy (World Jewish Restitution Organization) w ten sposób – wykorzystując prowokację nazistów - "udowadnia" winę Narodu Polskiego w zagładzie Żydów.

Sprawa Jedwabnego zdominowała polskie środki przekazu i promieniowała na cały świat, który dowiadywał się o niej głównie z wypowiedzi przedstawicieli ruchu roszczeniowego. Zbrodnia z 10. VII. 1941 roku miała być dowodem polskiej winy narodowej w zagładzie Żydów. W korespondencji ze mną na ten temat profesor Józef Wieczyński, główny redaktor pięćdziesięciotomowej encyklopedii Rosji użył trafnego terminu "bitwa o Jedwabne." Ta medialna "bitwa o Jedwabne" dała żydowskiemu ruchowi roszczeniowemu kolosalną ilość bezpłatnej reklamy na światową skalę. Bitwa ta pozostanie faktycznie nierozegrana do czasu przeprowadzenia badań medycyny sądowej dwu masowych grobów w Jedwabnem co pozwoli dokładnie udowodnić plan i metodę zbrodni, jak również ilość ofiar i powód śmierci każdej z nich.


Szczegóły Tragedii w Jedwabnem

Dziś wiadomo, że 10 lipca 1941 roku Niemcy terrorem poprowadzili Żydów jedwabieńskich na miejsce ich masakry. Zastrzelili około 50ciu i spalili żywcem około 250 (nie 1600, czy 1800 jak to doniosła prasa amerykańska na podstawie fałszywych informacji zawartych w książce Sąsiedzi J. T. Grossa, który zignorował sowieckie i niemieckie źródła archiwalne).
Niemcy zorganizowali sobie do pomocy Volksduetch'ow (zdrajców i szpiegów), grupę prymitywnych kryminalistów miejscowych i z okolicy, oraz - jest nie wykluczone - że tez kilku "mścicieli." Ci ostatni, jeżeli rzeczywiście tam byli to prawdopodobnie byli przekonani, że niektórzy z Żydów jedwabieńskich narazili ich samych i ich rodziny na ciężkie prześladowanie przez NKWD i zsyłki do Gułagu. Dodatkową grupę Polaków Niemcy zmusili groźbami zastrzelenia i ciosami kolb karabinów do sprowadzenia Żydów do czyszczenia bruku na rynku.
Jeszcze żyją świadkowie tej szczegółowo zaplanowanej niemieckiej egzekucji kilkuset Żydów jedwabieńskich z 10 lipca 1941 roku. Wtedy Niemcy zmusili około 300 Żydów do maszerowania w niby pogrzebie betonowej głowy Lenina straconej z pomnika w rynku.
Niemcy podzielili Żydów na dwie grupy. Pierwsza grupa była złożona z około 50 mężczyzn, na tyle silnych, że mogliby się rozpaczliwie bronić. Druga grup była złożona z około 250 osób, głównie kobiet, dzieci i starców.

Podczas gdy druga grupa była zatrzymana w tyle, pierwszej grupie Niemcy kazali wejść do malej stodoły, do której klucze skonfiskowali poprzedniego dnia, kiedy to opróżnili stodołę z przechowywanych w niej maszyn rolniczych. Pierwszej grupie Niemcy kazali kopać rów w klepisku stodoły by niby tam pochować głowę Lenina. (Gross napisał błędnie, że scena ta odbywała się na cmentarzu żydowskim). Kiedy rów był wykopany Niemcy otworzyli ogień do pierwszej grupy Żydów i prawdopodobnie kazali Polakom żeby pochowali rozstrzelanych Żydów. Głowę Lenina umieszczono na zwłokach w grobie pierwszej grupy ofiar. Wtedy Niemcy kazali drugiej grupie wejść do stodoły, którą wkrótce polali benzyną i podpalili

Stefan Boczkowski, Roman Chojnowski i pięciu innych świadków zeznało, że widzieli jak Niemcy palili stodołę pełną Żydów. Niemiecka półciężarówka podjechała z żołnierzami niemieckimi i puszkami z benzyna. Część żołnierzy zeskoczyła, a pozostali podawali im puszki, których zawartość wylali na ściany stodoły i podpalili. Płomienie gwałtownie ogarnęły stodołę.

Pirotechniczna analiza wskazuje, że Niemcy musieli użyć około 400 litrów benzyny na mniej więcej 100 metrach kwadratowych ścian stodoły żeby została natychmiast objęta płomieniami, które spowodowały śmierć ofiar zamkniętych w stodole. Ludność miejscowa nie miała wtedy w ogóle dostępu do benzyny. Ludzie mieli małe ilości nafty do lamp naftowych. Nafta do lamp zapala się przy temperaturze ponad 50 stopni Celsjusza. Trudno by było za pomocą nafty wywołać tak nagły pożar, bo nafta po prostu nie pali się tak gwałtownie jak benzyna.

Następnego dnia Niemcy zmusili okolicznych rolników do wykopania rowu wzdłuż stodoły i pogrzebania w nim rozkładające się i wydające okropny zapach ciała ludzi z drugiej grupy w świeżo wykopanym grobie.

Instytut Pamięci Narodowej ustalił w 2001 roku, że ciała ofiar masakry Żydów z 1941 roku są pochowane wyłącznie w wyżej wymienionych grobach. Niestety, ekshumacja grobów została przerwana na skutek prośby rabina. Kompletne badanie zwłok według zasad medycyny sadowej i procedury kryminalnej oparte na całkowitej ekshumacji pogrzebanych wszystkich ofiar nie zostało dokonane. Tak wiec niewiadomo ile osób zostało pogrzebanych i jaki był powód śmierci każdej z nich. Na podstawie pojemności obu grobów oceniono w przybliżeniu ilość ofiar na około 200-300 osób. Przy braku kompletnej ekshumacji i dokładnej analizy w oparciu z o zasady medycyny sadowej jakiekolwiek ostateczne sprawozdanie IPN jest bezwartościowe, bo brak ustalenia powodu śmierci każdej z ofiar i dokładnej ich ilości.

Postkomunistyczna Lewica a Prawda Historyczna

Post-komunistyczny prezydent Polski i jego post-komunistyczny premier dają poparcie ruchowi roszczeniowemu za pomocą polityki przeproszeń i skruchy za morderstwa takie jak masakra jedwabieńska, za którą oczywiście odpowiedzialny są Niemcy. Nic dziwnego że taka polityka nie tylko wzmocniła żądania Rosjan żeby Polska przeprosiła za niedopełnioną zbrodnię ludobójstwa na jeńcach rosyjskich w 1920 roku, ale również wzmacnia żądania niemieckie mające na celu obalenie ustaleń poczdamskich i warunków kapitulacji Niemiec, zwłaszcza tych które dotyczą mienia poniemieckiego w Polsce zachodniej i północnej.

Pamięć narodowa Polaków, jak i innych narodów dziś wyzwolonych spod sowieckiej dominacji zachowała obraz nieproporcjonalnie wysokiego udziału mniejszości żydowskiej i jej centralnej roli w narzucaniu jarzma sowieckiego przez stalinowski aparat terroru na kraje satelickie po Drugiej Wojnie Światowej. Ten niezaprzeczalny fakt historyczny był potwierdzony przez główne na świecie pismo kontrolowane przez Żydów - New York Times.

Absurdalna wersja tragedii jedwabieńskiej, stworzona przez J. T. Grossa i powtarzana przez Abrahama Brumberga jest teraz rozgłaszana na łamach dwumiesięcznika Sprawy Zagraniczne. Dwumiesięcznik ten dziś głosi na cały świat kłamstwa i oszczerstwa, które przedstawione są jako prawda historyczna. Rząd polski może obalić te fałsze przez dokonanie ekshumacji obydwu grobów ofiar masakry Żydów w Jedwabnem. Potrzebne jest publiczne obalenie tych kłamstw faktami materialnymi otrzymanymi przez ekshumacje - te fakty jak widać, ruchowi roszczeniowemu i jego sprzymierzeńcom są niewygodne i dlatego kompletna ekshumacja nie została przeprowadzona według wymogów medycyny sadowej. Dopiero po kompletnym przebadaniu zawartości obydwu grobów prawda będzie mogła być oficjalnie ogłoszona. Stanie się to najprawdopodobniej wtedy kiedy Polska będzie rządzić władza złożona z patriotycznych Polaków, wolnych od wpływów post-komunistycznej lewicy.


Iwo Cyprian Pogonowski, były więzień Gestapo, numer 28865 w Sachsenhausen, autor: Poland, an Illustrated History – Polska – Historia Zilustrowana (Hippocrene Books, New York, 2000), Jews in Poland, a Documented History – Żydzi w Polsce – Udokumentowana Historia (Hippocrene Books, New York, 1993), Poland, a Historical Atlas – Polska – Atlas Historyczny (Hippocrene Books, 1987)

za http://lobingpolskiwusa.blogspot.com/

Donald Tusk do nauczycieli: żartowałem…
Donald Tusk już wycofuje się z obietnic które złożył przed wyborami. Mówi, iż nie ma pieniędzy w budżecie na podwyżki dla nauczycieli.
Nie popieram chodzenia pod Sejm i protestowania. Nie popieram roszczeniowej postawy związków zawodowych. Co więcej gratuluję Waldemarowi Pawlakowi, za to jak zachował się dzisiaj odnośnie górników. Ale górnikom nikt nic nie obiecywał. Natomiast nauczycielom jak najbardziej.
Donald Tusk całą swoją kampanię wyborczą oparł na obietnicach podwyżek dla budżetówki, a w szczególności dla lekarzy, pielęgniarek, nauczycieli i policjantów.
Przypomnijmy sobie reklamówkę PO z czerwca 2007r. mówiącą w jak tragicznej sytuacji są nauczyciele, jak mało zarabiają. Przypomnijmy sobie debatę gdy Tusk obiecywał znaczne podwyżki dla budżetówki.
Przypomnijmy sobie wreszcie przedwyborczą reklamę PO, w której obiecywano:
"Będą nas leczyć zadowoleni, dobrze opłacani lekarze, nasze dzieci będą uczyć zadowoleni, dobrze opłacani nauczyciele ...”
 Skoro Donald Tusk tak dużo nauczycielom obiecał, tak litował się nad ich losem przez całą kampanię wyborczą, nic dziwnego, że teraz nauczyciele oczekują spełnienia wyborczych obietnic. Chcą przecież tylko tego co Tusk im obiecał.
Jeszcze po wyborach Chlebowski mówił, że podwyżki dla budżetówki będą priorytetem w budżecie 2008r. I co zaproponowano nauczycielom? Ochłapy, które być może nie zrównoważą nawet wzrostu cen w 2008r. A więc realna pensja/siła nabywcza nauczyciela być może nawet spadnie w 2008r.
Teraz, w reakcji na zapowiadany protest nauczycieli, Donald Tusk mówi:
„- Rząd dał nauczycielom maksimum tego, co mógł… Nie będziemy uginali się pod wpływem manifestacji czy strajków - nie dlatego, że chcemy zademonstrować twardość czy bezwzględność, ale dlatego, że w przypadku nauczycieli (...) daliśmy - odbierając innym działom - maksimum tego, co w tym roku można było dać. To jest podwyżka na granicy możliwości państwa (http://wiadomosci.onet.pl/1675272,11,item.html )
Szkoda, że Premier Tusk nie pamiętał o tych możliwościach państwa gdy rozmawiał z Kaczyńskim w debacie. Teraz sobie „przypomniał” i próbuje robić z nauczycieli „oszołomów”
Ciekawe. Podobno gdy PO było w opozycji istniał Gabinet Cieni. Miał dokładnie analizować sytuację i przygotowywać propozycję. I co teraz się okazuje? Że Donald Tusk obiecał podwyżki dla nauczycieli, pielęgniarek, lekarzy, obiecał obniżkę podatków, lecz „nie przewidział”, że na to wszystko nie starczy pieniędzy w budżecie.
Ja jednak nie podejrzewam aby Donald Tusk był aż tak głupi i aż tak nie umiał liczyć. Wytłumaczenie jest więc proste. Donald Tusk kłamał aby wygrać wybory.
A teraz o nauczycielach. Czy możemy się dziwić że protestują? Nie. Coś im obiecano. Premier RP coś im obiecał. I oszukał ich. Co więcej wielka partia polityczna – Platforma Obywatelska wykorzystała wizerunek nauczycieli w swojej kampanii reklamowej.
W normalnym świecie biznesu za użyczenie swojego wizerunku w reklamie telewizyjnej nawet nieznany aktor dostaje ok. 10 tys. zł (czasem więcej). Donald Tusk użył w swojej kampanii wizerunku wszystkich polskich nauczycieli. A więc patrząc z punktu widzenia biznesowego Platforma Obywatelska jest teraz winna każdemu nauczycielowi 10 tys. zł za użycie jego wizerunku w swoich reklamach.
Teraz wyobraźmy sobie hipotetyczny przykład dotyczący większości z nas. Przypuśćmy Drogi Czytelniku, iż miałeś wypadek samochodowy i zostałeś inwalidą, teraz jeździsz na wózku. Donald Tusk spotkał Cię na swoim wiecu wyborczym i wzruszony Twoim nieszczęściem deklaruje, że każdy inwalida dostanie 2 tys. zł miesięcznie dodatkowych środków z budżetu państwa a także, że w Twoim mieście zostaną poczynione wielkie inwestycje dostosowujące budynki do użytku dla inwalidów.
Platforma Obywatelska emituje reklamówkę z Tobą w roli głównej (występujesz bezpłatnie bo wierzysz Tuskowi), w której obiecuje, że załatwi Tobie i innym inwalidom pieniądze z budżetu (dodatkowe 2000 zł miesięcznie dla każdego) jak tylko wygra wybory. Wyborcy wzruszeni tą obietnicą i Twoim wizerunkiem w reklamie PO głosują na Platformę i dzięki temu Tusk wygrywa wybory.
Po wyborach nowy Premier RP Donald Tusk mówi jednak „Sorry, nie przewidziałem, że budżet nie jest z gumy, nie mam dla Ciebie i innych inwalidów pieniędzy. Możemy dać ci 100 zł dodatkowej zapomogi. I powinieneś się cieszyć, że jesteśmy tak szczodrzy”.

Patrzyłbyś na to spokojnie Drogi Czytelniku? Ktoś wykorzystał Twój wizerunek i dzięki temu dorwał się do władzy, ktoś coś obiecał publicznie i dzięki temu ten ktoś zyskał bardzo dużo. Zyskał wykorzystując Twój wizerunek i Twoją sytuację. A teraz gdy przestałeś być potrzebny ignoruje Cię.



Wpadki Tuska

Przedstawiamy subiektywny ranking największych wpadek Donalda Tuska i jego ekipy na półmetku rządów - wydarzeń, które najbardziej zbulwersowały opinię publiczną. Gdyby PiS miał taką listę dokonań negatywnych, dawno zostałby ukrzyżowany przez media. Z rządem Platformy jest inaczej, wciąż cieszy się dużym poparciem społecznym.

1) Grzechu, Miro i „na 90% Rysiu, że załatwimy” – największa afera od czasów Rywina

„Wpadka” o najpoważniejszych konsekwencjach - w jej wyniku stanowisko straciło aż siedmiu ministrów. Zdaniem niektórych komentatorów to największa afera od czasu, kiedy Rywin przyszedł do Michnika. Do tego sprawa - używając policyjnego języka – wciąż rozwojowa. 


Bomba wybuchła pod koniec września. W aferze hazardowej przewijają się jednoręcy bandyci, spore pieniądze, kontrowersyjny lobbing i nazwiska szefa klubu PO oraz kilku ministrów. „Na 90 procent, Rysiu, że załatwimy. Tam walczę, nie jest łatwo" - zapewniał w rozmowie z biznesmenem z Dolnego Śląska Ryszardem Sobiesiakiem Zbigniew Chlebowski. W sensacyjnych stenogramach, które ujawniła „Rzeczpospolita” padały imiona „Miro” i Grześ”. Jak się okazało, chodziło o najbliższych współpracowników premiera Mirosława Drzewieckiego i Grzegorza Schetynę. Czy politycy PO poczuli się zbyt pewnie w "swoim państwie"? Czy zostali ofiarami „syndromu poczucia władzy bez ograniczeń" przy tak dużym poparciu społecznym? Odpowiedzi na te pytania być może przyniesie komisja śledcza.

2) Katarscy inwestorzy, którzy nie istnieli

Najpierw na sprawie prywatyzacji stoczni Gdynia i Szczecin poległ senator Tomasz Misiak, który – jak ogłosiła opozycja – chciał zrobić dobry interes na tragedii zwalnianych stoczniowców. Znacznie cięższego kalibru niż sprawa „misiaczenia”, okazała się jednak ujawniona kilka miesięcy później „afera stoczniowa”. Przetarg w sprawie sprzedaży stoczni od początku wyglądał bardzo tajemniczo. W maju minister skarbu Aleksander Grad poinformował, że inwestorem dla stoczni jest katarski fundusz Qinvest. Kiedy jednak przyszedł moment wpłaty pieniędzy od inwestora, okazało się, że Katarczycy przestraszyli się kryzysu w branży. Tak przynajmniej brak zapłaty tłumaczył minister Grad.

Kiedy Qatar Investment Authority ostatecznie nie kupił majątku stoczni, minister Grad oddał się do dyspozycji premiera, ten go jednak nie odwołał, bo, jak twierdził – nie znajdował ku temu przesłanek. Tymczasem jak ujawnił „Wprost” okazało się, że „katarski inwestor” nie tylko nie miał pieniędzy na zakup stoczni, ale mógł w ogóle nie istnieć. W opublikowanych przez tygodnik materiałach pojawia się także wątek libańskiego handlarza bronią Abdula Rahmana El-Assira, który domagał się od Ministerstwa Skarbu zwrotu prowizji za sprzedaż polskiej broni wyprodukowanej przez Bumar SA. Czy premier Donald Tusk i jego ekipa – jak wieszczy PiS - przejdą do historii jako ci, którzy zlikwidowali polski przemysł stoczniowy?

3) „Świński” problem, czyli szczepionki, które szkodzą

Grypa A/H1N1 szaleje na Ukrainie, w Polsce zanotowano pierwszy śmiertelny przypadek. W obliczu coraz poważniejszego zagrożenia epidemią w naszym kraju, rząd wymyślił rewolucyjny plan. Skoro nie ma pieniędzy na szczepionki dla wszystkich obywateli, minister zdrowia Ewa Kopacz ogłosiła, że szczepionki szkodzą. Na szczęście, nie wszyscy w to uwierzyli, a co bardziej "obrotni" Polacy sami postanowili się o siebie zatroszczyć - na portalach aukcyjnych można kupić taką szczepionkę już od 100 złotych. Czy w tej sytuacji rację ma Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski, który zapowiedział wystąpienie do prokuratury z wnioskiem o popełnienie przez minister Kopacz przestępstwa, jeżeli nie podejmie działań zmierzających do zakupu szczepionek przeciw grypie A/H1N1? A może posłanka PiS Nelli Rokita, która chce by Polakom rozdawać czosnek?

4) Julia Pitera - najsłabsze ogniwo

Minister wyznaczona do walki z korupcją, której nie udało się nawet napisać raportu o stanie korupcji w Polsce. Dokument, który powstał liczył w sumie sześć stron, a wynikało z niego, że istniały "potencjalne nieprawidłowości" w zakresie nadzoru nad wykorzystaniem służbowych kart kredytowych. Słynne przykłady korupcji podane w nim to np. zakup dorsza za 8,16 zł "celem kontroli gatunku ryb i ich świeżości" oraz zakup spinek do mankietów za 619,65 zł "na cele reprezentacyjne ministra Polaczka". Oprócz raportu, Pitera zasłynęła kłótniami z politykami, tyle, że nie z opozycji, a z własnej drużyny. Najpierw był poseł PSL Eugeniusz Kłopotek, potem minister Michał Boni. Temu ostatniemu zarzuciła, że wstrzymuje jej projekt ustawy antykorupcyjnej. Pitera przegrała to starcie, gdy okazało się, że nie dopełniła wymogów formalnych. Partyjni koledzy coraz częściej ją krytykują, a Donald Tusk podobno jest na nią wściekły. Niesłusznie?

5) Rząd, który jest katastrofą dla kobiet?

Rząd Donalda Tuska był wielką nadzieją na odmianę sytuacji kobiet, niestety na oczekiwaniach się skończyło. Wciąż brak jest wyraźnego stanowiska w kwestii in vitro. Konkurencyjne projekty ustaw regulujących te zagadnienia przygotowali Małgorzata Kidawa-Błońska i Jarosław Gowin. Ten ostatni wywołał oburzenie, ogłaszając, że zapłodnienie metodą in vitro powinno być dostępne tylko dla małżeństw. Zasłynął też stwierdzeniem, że „większość patologii, w tym pedofilia, zdarza się w związkach nieformalnych”. Na szczęście wycofał się ze swojego projektu zakazu korzystania z metody in vitro przez kobiety po czterdziestce.

W kwestii praw kobiet rząd kuleje jednak nie tylko w sprawie in vitro. Prezentem dla kobiet miała być pełnomocnik ds. równego statusu Elżbieta Radziszewska, która jednak – zdaniem organizacji kobiecych – pcha je w jeszcze większą dyskryminację. Prawa kobiet są dla niej zbyt kontrowersyjne, nie zabiera głosu w ważnych dla nas sprawach - oceniają działaczki. Zaskarżyły ją nawet do Komisji Europejskiej. - Jak ktoś z mentalnością Dulskiej ma walczyć z przemocą wobec kobiet? – pytała Izabela Jaruga-Nowacka. 



6) Andrzej Czuma, czyli minister „wpadka goni wpadkę”

Kiedy w styczniu w związku z samobójstwem kolejnego skazanego za porwanie i zamordowanie Krzysztofa Olewnika - Roberta Pazika, do dymisji podał się ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski, w resorcie zastąpił go Andrzej Czuma. Ta nominacja miała być zmianą PR-owo-wizerunkową, a wyszła wizerunkowa porażka. Już na samym początku zaliczył „wpadkę”, na jego zaprzysiężeniu pojawił się kontrowersyjny polityk UPR, Janusz Korwin-Mikke. Potem było coraz gorzej - nowy minister zdradził tajemnicę państwową o tym, że polski wywiad znał nazwiska porywaczy inżyniera w Pakistanie, były wyroki za niespłacone długi w USA, nie rozliczenie się w terminie z wydatków biura poselskiego, nepotyzm, etc., itp. Ostatecznie stanowisko stracił w wyniku afery hazardowej. Ostatnio były minister sprawiedliwości został ponownie wybrany na stanowisko szefa sejmowej komisji śledczej ds. nacisków - zagłosował sam na siebie.

7) Wojny na krzesła i samoloty

Zaczęło się od tego, że i prezydent, i premier chcieli polecieć na unijny szczyt do Brukseli, a przy okazji każdy dowodził, że ma wyłączne prawo do sprawowania polityki zagranicznej wobec UE. Potem były przepychanki, kto gdzie poleci, czyim samolotem, czy w ogóle lecieć powinien i czy będzie miał gdzie siedzieć. Przed unijnym spotkaniem premier informował dziennikarzy, że w składzie polskiej delegacji jest on, minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski i minister finansów Jacek Rostowski; mówił, że nie potrzebuje prezydenta, a szczyt będzie się zajmował sprawami leżącymi w gestii rządu. Kancelaria Premiera nie użyczyła prezydentowi samolotu. Ostatecznie Lech Kaczyński udał się do Brukseli wyczarterowanym samolotem. Prezydent podkreślał, że jako głowa państwa jest uprawniony do uczestniczenia w unijnych szczytach, a premier nie może ograniczać jego uprawnień. Donald Tusk nazwał spór samolotową operą mydlaną, a kłótni wyraźnie mieli dość Polacy. Według sondaży, ponad połowa naszych rodaków uważa, że prezydent powinien mieć swój samolot i nie życzy sobie takich przepychanek. - Więcej tego nie chcemy powtórzyć, bo nas to upokorzyło jako Polaków – mówił potem Sławomir Nowak. I trudno mu nie przyznać racji.

8) „Słońce Peru – mistrz bajeru”

To była pierwsza wizyta szefa polskiego rządu w Ameryce Południowej i najdłuższy z jego dotychczasowych wyjazdów zagranicznych. Dla Donalda Tuska i jego żony również "podróż życia". Niezwykle ważna dla polskich interesów gospodarczych – jak próbowali przekonywać PR-owcy Tuska – wyprawa zaowocowała również całkiem nowym przydomkiem. Z rąk prezydenta Peru Donald Tusk otrzymał bowiem najwyższe odznaczenie tego kraju - o poetyckiej nazwie „Słońce Peru”. To, co dla premiera było spełnieniem marzeń, dla innych okazało się jednak pretekstem do złośliwych komentarzy. Posłowie PiS wyliczyli, że podróż do Ameryki Łacińskiej kosztowała ponad 1,5 mln zł, "a za te pieniądze można nakarmić 150 tysięcy dzieci". - Wróciłem ze szczytu UE-Ameryka Południowa w tej czapeczce, jako "Słońce Peru". Trudno, to jakoś przeżyjemy - podsumował Tusk w programie "Tomasz Lis na żywo" w TVP2. I przeżyli. Barwne przezwisko zaistniało jednak w zbiorowej świadomości: kiedy niezadowoleni związkowcy "Solidarności" demonstrowali przed sejmem, mieli ze sobą transparenty z hasłami: "Słońce Peru, mistrz bajeru".

9) „Paliłem i się zaciągałem”

Palenie marihuany, całodniowe libacje alkoholowe, problemy rodzinne. Donald Tusk chciał być „cool” niczym Bill Clinton czy Barack Obama i do takich „grzechów młodości” przyznał się w wywiadzie dla tygodnika „Newsweek”. Różne grupy wyborców odmiennie jednak odebrały to wyznanie. Przyznanie się do palenia marihuany stało się dla premiera problematyczne, przede wszystkim dlatego, że wiązało się z łamaniem prawa. - Nie po to wyborcy chronią swoje dzieci przed narkotykami, by potem dowiadywać się, że sam premier używał narkotyków i pił tanie wina – komentował dla WP Marek Migalski, wówczas jeszcze „niezależny” politolog. Narkotykowy coming out stał się jeszcze bardziej dwuznaczny, kiedy na nielegalnym paleniu trawki przyłapano dwóch samorządowców Platformy ze Szczecina. Członek zarządu powiatu polickiego Cezary Atamańczuk i przewodniczący sejmiku województwa zachodniopomorskiego Michał Łuczak zostali zatrzymani podczas palenia marihuany w samochodzie zaparkowanym na leśnej drodze. Już następnego dnia zostali wyrzuceni z partii, zrzekli się też swoich funkcji. Podwójne standardy?

10) Bitwa o KDT – jak Tusk „Waltzem” niszczy Warszawę

Prawdziwie dantejskie sceny rozgrywały się pod Kupieckimi Domami Towarowymi w Warszawie, kiedy w lipcu na ich teren wkroczył komornik. Kupcy z KDT stawili opór wynajętym przez komornika ochroniarzom. Kiedy, w kłębach łzawiącego gazu, przez kilka godzin opierali się próbom eksmisji z Kupieckich Domów Towarowych do zamieszek dołączyli przypadkowi przechodnie i pseudokibice. Wtedy też do akcji ruszyła policja. W centrum miasta rozgorzała regularna bitwa. Władze miasta, by móc ruszyć z budową stacji łącznikowej między pierwszą a drugą linią metra, musiały zlikwidować szpetnego „blaszaka”. Sytuację, która wymknęła się spod kontroli, wykorzystała opozycja. Prezydent Warszawy jedzie "waltzem" i tratuje wszystko, co ma na swojej drodze. Donald Tusk gra w tym samym czasie w piłkę. Takim filmem PiS uderzył w PO. Dziś kilka miesięcy po „bitwie warszawskiej”, kupców już nie ma, a blaszana hala, która szybko miała zostać rozebrana, wciąż stoi. Niesmak też pozostał. 







MAM DUŻO PYTAŃ

rozmowa z Małgorzatą Wassermann, 04-05-2010 19:53


1e59cd926f656a3a3a8f0cdaf56b5308
"Rosjanie chcieli, żebym podpisała oświadczenie, że mogą spalić rzeczy ojca. Rosyjska psycholog powiedziała mi, że są to strzępy ubrania pobrudzone krwią, benzyną i błotem i właściwie nic z nich nie zostało. Zgodziłam się. Tymczasem wśród rzeczy ojca, które mi potem oddano, były prawie niezniszczone blankiety biletów LOT, różaniec, harmonogram pobytu w Katyniu, telefon komórkowy, który nie był uszkodzony i działał." Z Małgorzatą Wassermann, córką posła PiS, rozmawia Dorota Kania ("Gazeta Polska").
fot. pis.org.pl
W jaki sposób dowiedziała się pani o śmierci ojca w katastrofie prezydenckiego samolotu Tu-154?
W sobotę rano z mediów. Radio RMF przerwało program, by przekazać tę informację. Później w telewizji została podana infolinia, na którą mogły telefonować rodziny. Pierwszy raz zadzwoniłam tam około 13.00. Usłyszałam, że tata wsiadł na pokład samolotu, a na chwilę obecną jedynie mogą nam zaoferować pomoc psychologa i na tym rozmowa się skończyła. Kilka godzin później na pasku informacyjnym w telewizji przeczytałam, że jest organizowany wyjazd rodzin ofiar katastrofy do Moskwy. Ponownie zadzwoniłam na infolinię – rozmawiająca ze mną kobieta powiedziała, że jest to „plotka medialna”.
 Czy w sobotę zgłosił się do pani lub rodziny ktoś ze strony polskich władz?
Nie. W niedzielę rano z telewizji dowiedziałam się, że w Warszawie gromadzą się rodziny, które mają lecieć do Moskwy. Zadzwoniłam na infolinię i ustaliłam, że my dojedziemy. Około południa poinformowano nas telefonicznie, że ojciec został na sto procent zidentyfikowany i czy w takiej sytuacji nadal chcemy jechać. Kolejne telefony z taką samą informacją otrzymaliśmy z MSZ oraz infolinii. Ponieważ powiedziano nam trzykrotnie, że ojciec został zidentyfikowany na pewno i informowano nas, że nie trzeba jechać, zrezygnowaliśmy z wyjazdu do Moskwy. Poinformowano mnie również, że mogę w imieniu rodziny ustanowić pełnomocnika. W niedzielę pobrano od nas także DNA. W poniedziałek usłyszałam, jak minister Ewa Kopacz czyta listę zidentyfikowanych osób – ojca na niej nie było.
Poinformowano panią, kto rozpoznał ciało Zbigniewa Wassermanna?
Nie, ale w mediach pojawiła się wiadomość, że Jarosław Kaczyński, który był w Smoleńsku identyfikować ciało brata, prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dokonał tej identyfikacji. Zadzwoniłam do posła Adama Bielana, który stwierdził, że identyfikacja ojca nie miała miejsca. Skontaktowałam się z biurem PiS i posłowie zaczęli ustalać, jaki jest stan
 faktyczny. Poseł Beata Kempa i Andrzej Adamczyk wielokrotnie dzwonili w różne miejsca, by cokolwiek ustalić. Zdecydowaliśmy, że jedziemy do Moskwy: ja, moja bratowa i dyrektor biura ojca. Bardzo szybko załatwiono nam wizy i we wtorek przed południem wylecieliśmy do Moskwy.

Co się działo po przylocie?
Od razu pojechaliśmy do instytutu medycznego, gdzie wprowadzono nas do dużej auli. Było tam mnóstwo ludzi, do których podchodzili rosyjscy prokuratorzy, tłumacz i psycholog. Gdy przyszła nasza kolej, zapytano nas o znaki szczególne ojca, wygląd i ubranie. Po ich opisaniu powiedziano nam, żeby zejść na dół, gdzie są przechowywane ciała. Ponieważ już wcześniej ustaliliśmy, że identyfikacji dokonają moja bratowa i dyrektor biura ojca, ja zostałam, a oni poszli z rosyjskim prokuratorem, tłumaczem i psychologiem.

Długo pani na nich czekała?
Zaraz po ich odejściu podeszła do mnie kobieta świetnie mówiąca po polsku, bez żadnego akcentu. Zapytała, czy zgodzę się na kilka formalności, bo będzie szybciej.

Zgodziła się pani?
Oczywiście, że tak. Powiedziano mi, żebym podpisała dokument, że są to zwłoki ojca. Zadzwoniłam do bratowej, która potwierdziła identyfikację. Podpisałam dokument i wtedy rozpoczęło się przesłuchanie. W pewnym momencie pani psycholog, która wcześniej do mnie podeszła, powiedziała mi, że przesłuchujący mnie rosyjski prokurator, do którego zwracała się po imieniu, jest szefem wszystkich prokuratorów. Zapytałam wtedy, czy ona jest Rosjanką – powiedziała, że tak. Byłam zaskoczona, bo mówiła w naszym języku jak rodowita Polka.
Była cały czas podczas pani przesłuchania?
Tak, siedziała przy mnie i cały czas do mnie mówiła.

Ile trwało przesłuchanie?

Prawdopodobnie około sześciu godzin.

Dlaczego tak długo?
Zaczęło się od spisywania moich danych. Prokurator mając przed sobą mój paszport, w którym były moje dwa imiona, zapytał mnie, czy używam jednego imienia, czy dwóch. Odpowiedziałam, że jednego. Wpisał jedno imię w protokół, a ja na chwilę wyszłam. Po powrocie stwierdził, że w paszporcie są dwa imiona i trzeba na nowo spisać protokół. Wówczas odpowiedziałam, że przecież o tym wiedział, mało tego, dokładnie mnie o to pytał. Powiedziałam, że jestem prawnikiem i z mojej wiedzy wynika, że na dole protokołu możemy dopisać informacje o drugim imieniu. Usłyszałam, że tego nie przewiduje rosyjska procedura i wszystko trzeba spisać na nowo. Pytano mnie, gdzie pracuję, jaki jest adres mojej pracy i telefon, gdzie mieszkam. Po zakończeniu odbierania danych ponownie na moment opuściłam pokój. Kiedy wróciłam, któraś z tych osób podała mi długopis i ja się podpisałam. Za chwilę okazało się, że znowu pojawił się problem, bo na jednej stronie podpisałam się na niebiesko, a na innej na czarno. I znów prokurator powiedział mi, że wszystko musimy zrobić od nowa, ponieważ w rosyjskiej procedurze dokumenty muszą być podpisane jednym kolorem długopisu. Po jakimś czasie odmówiłam udziału w dalszych czynnościach, na co Rosjanka przedstawiająca się jako psycholog, tłumaczyła mi, że jestem w szoku, dlatego nic nie rozumiem, i chciała podać mi leki uspokajające

Zażyła je pani?
Nie byłam w szoku, wiedziałam, co się dzieje, i żadne leki nie były mi potrzebne. Zresztą polscy psychologowie powiedzieli później, że byliśmy jednymi z najbardziej opanowanych i spokojnych ludzi, którzy przyjechali na identyfikację.

Po spisaniu danych przesłuchanie trwało nadal?
Tak. Samo spisywanie danych i poprawki trwało ponad dwie godziny. Później prokurator pytał mnie, kto mieszka z ojcem w domu, jak ma na imię druga wnuczka i po co przyjechał do Rosji. Odpowiedziałam, że siedemdziesiąt lat temu zostali tutaj zamordowani polscy oficerowie i przyjechał oddać im hołd.
O co jeszcze pytał rosyjski prokurator?
Czy przyjechałam razem z ojcem do Rosji, kiedy ostatni raz się z nim widziałam, kiedy przekraczałam razem z nim granicę. Kolejne pytanie dotyczyło tego, kto z nim przyjechał. Zapytałam, czy mam wymienić nazwiska wszystkich pozostałych 95 osób, które zginęły w katastrofie. Po tym pytaniu powiedziałam, że chcę już zakończyć czynności i nie będę dalej zeznawać. Tym bardziej że moja bratowa i dyrektor biura ojca czekali na mnie na dole. Stwierdziłam, że chcę zabrać rzeczy taty, i mimo że wcześniej powiedzieli, że będę musiała oddać krew – bo ich nie interesuje materiał genetyczny pobrany w Polsce – odmówiłam. Wówczas dowiedziałam się, nie oddadzą ciała ojca, dopóki nie pobiorą mi krwi.

Zgodziła się pani?
Tak, ale zanim to nastąpiło, prokurator zapytał mnie, na ile wyceniamy to, co się stało. Odpowiedziałam, że ta tragedia nie ma ceny i nie jest w 
stanie
wyobrazić sobie, co przeżywamy. Dodałam, że nie będziemy skarżyć państwa rosyjskiego za tę katastrofę, na co on stwierdził, że nigdy nic nie wiadomo.

Po oddaniu krwi pojechała pani do hotelu?
Ponieważ towarzyszące mi osoby musiały opuścić budynek, zadzwoniłam do polskiej ambasady i po kilkunastu minutach przyjechał nasz przedstawiciel, który towarzyszył mi do końca czynności. Nie skorzystałam z propozycji prokuratora, że osobiście odwiezie mnie do hotelu.

Jak zakończyło się przesłuchanie?
Powiedzieli mi, żebym podpisała oświadczenie, że mogą spalić rzeczy ojca. Zadzwoniłam do mamy, ona chciała je odzyskać. Wtedy rosyjska psycholog stwierdziła, że są to strzępy ubrania pobrudzone krwią, benzyną i błotem i właściwie nic z nich nie zostało. Ostatecznie zgodziłam się więc na ich spalenie i podpisałam dokumenty. Teraz tego żałuję.

Dlaczego?
Bo czas na analizę i przemyślenia przyszedł w Polsce. Rozpoznałam rzeczy ojca, które mi oddano: prawie niezniszczone blankiety biletów LOT, z których korzystał w Polsce na trasie Kraków–Warszawa, różaniec i etui, harmonogram pobytu w Katyniu, telefon komórkowy, który nie był uszkodzony i działał. Jeżeli ubranie było kompletnie zniszczone, to gdzie był telefon i dlaczego ocalał? Skąd Rosjanie wiedzieli, że to jest właśnie jego telefon? Dlaczego w tak dobrym stanie zachowały się papierowe bilety i harmonogram, które ojciec miał przy sobie, a ubranie w katastrofie zostało całkowicie zniszczone? Na te pytania chyba mi już nikt nie odpowie.

Z podziękowaniem za uprzejmość portalu Niezalezna.pl:





Dopiero interwencja polityków Lewicy oraz Prawa i Sprawiedliwości sprawiła, że marszałek Sejmu Bronisław Komorowski opamiętał się i obiecał odłożyć dyskusje o wyborach prezydenckich do czasu zakończenia żałoby narodowej i pochowania prezydenta RP.

Marszałek Sejmu, który po śmierci prezydenta przejął obowiązki głowy państwa, zapowiadał konsultacje z klubami parlamentarnymi na temat wyboru nowego prezydenta ledwie po tym, jak trumna z ciałem Lecha Kaczyńskiego została przewieziona do naszego kraju.
Zachowanie marszałka Sejmu budzi niesmak i wątpliwości, czy rzeczywiście podszedł z należytym szacunkiem do żałoby narodowej. Jest to zachowanie o tyle trudne do zrozumienia, że wymagane Konstytucją i ustawą o wyborze prezydenta napięte terminy dotyczące organizacji przyspieszonych wyborów prezydenckich w pełni mogą zostać dotrzymane, nawet jeśli sprawa wyborów zostałaby podjęta od przyszłego poniedziałku, czyli po zakończeniu żałoby narodowej.
Chyba że marszałek Komorowski, który był sondażowym faworytem wyborów prezydenckich, tym bardziej w obliczu tragicznej śmierci jego głównych kontrkandydatów, liczy na to, że jak najszybciej zostanie już pełnoprawnym prezydentem. Wymogi Konstytucji oraz ustawy o wyborze prezydenta sprawiają bowiem, że przyspieszone wybory prezydenckie - jeśli marszałek Sejmu ogłosi je w przyszłym tygodniu - będą mogły się odbyć nie wcześniej niż w maksymalnie odległym od śmierci prezydenta RP konstytucyjnym terminie - 20 czerwca. Ogłoszenie wyborów jeszcze w tym tygodniu pozwoliłoby natomiast wyznaczyć termin pójścia do urn wyborczych np. tydzień wcześniej.
To kolejne w ostatnim czasie budzące niesmak zachowanie Bronisława Komorowskiego. Przed niespełna miesiącem, podczas prawyborczej partyjnej debaty z Radosławem Sikorskim, pytany o swój stosunek do finansowania zapłodnienia metodą in vitro z budżetu państwa Komorowski odparł, że powinno być finansowane, "ale państwo ma prawo traktować wydatek z budżetu jako swoistą inwestycję, więc na pewno nie w stosunku do wszystkich, tylko w stosunku do tych, gdzie jest szansa, że się urodzą dzieci zdrowe i będą dobrze wychowane". Marszałek Komorowski nie wyjaśnił wtedy, czy i w jaki sposób chciałby selekcjonować dzieci na te, które mogą się urodzić, a które nie. Po debacie nieudolnie tłumaczył, że miał na myśli to, by nie finansować in vitro 80-latków.
Artur Kowalski


Moscow Times": Woń gazu łupkowego unosi się nad Katyniem
Przed przylotem prezydenta usunięto sprzęt nawigacyjny?


fot. M. Borawski

"Woń gazu łupkowego unosi się nad Katyniem" - to tytuł artykułu Julii Łatyniny w internetowym wydaniu "Moscow Times". Autorka w swoim artykule stawia kilka tez, które w jej opinii czynią katastrofę prezydenckiego samolotu wyjątkowo dziwną, a jej przyczyny coraz bardziej niejasnymi. Łatynina pisze m.in., że w czasie spotkania premierów Tuska i Putina na smoleńskim lotnisku ustawiono nowoczesny sprzęt nawigacyjny. Trzy dni później już go tam nie było.

W opinii Łatyniny, dramatyczny zwrot wydarzeń nastąpił po artykule "Wall Street Journal" z 8 kwietnia br., w którym opisano mechanizmy inwestowania amerykańskich gigantów gazowych w złoża gazu łupkowego w Polsce. Według gazety pierwsze wiercenia w naszym kraju mają się rozpocząć już w najbliższych tygodniach. "Oto i wasza odpowiedź. Rosja, której neoimperializm został zbudowany na fakcie, że posiada ona złoża 'pokojowego gazu' (podobnie do 'pokojowego atomu' w Związku Sowieckim), i na tym, że może ona przytkać swoje rurociągi z gazem biegnące przez Polskę, tak jak to Kreml zrobił z Ukrainą. Ale co jeśli Polska stałaby się eksporterem gazu?" - pyta Łatynina. Jak pisze dalej dziennikarka, wówczas Moskwa zdała sobie sprawę, że fakt, jak wiele gazu łupkowego Polska zamierza pozyskiwać, zależy w głównym stopniu od wyników następnych wyborów parlamentarnych w naszym kraju. "Jedna z opcji: partia byłego prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego. Był on żarliwym narodowcem, ludowcem i antykomunistą, człowiekiem, który doświadczył osobistej tragedii związanej z masakrą w Katyniu. Pojawiał się tam na uroczystościach co roku. Z drugiej strony mamy partię premiera Donalda Tuska, pragmatyka, który jest gotowy przyjaźnić się z każdym, tylko nie z Kaczyńskim" - czytamy w dalszej części artykułu.
Jak podkreśla autorka, to właśnie na trzy dni przed oficjalnymi obchodami premierzy Putin i Tusk spotkali się w Katyniu. "Specjalnie przyjechali wcześniej, aby nie musieć zapraszać Kaczyńskiego i aby go podejść" - zauważa Łatynina. Według niej, późniejszy przylot polskiego prezydenta, który zabrał ze sobą dużą część krajowej elity, był obliczony na "przelicytowanie" wartości spotkania dwóch premierów. Dziennikarka stwierdza, że wobec tego informacje o gęstej mgle mogły być odebrane przez Lecha Kaczyńskiego, jako próba politycznego fortelu z inspiracji Kremla mająca na celu uniemożliwienie mu wzięcia udziału w ceremonii. Jak zaznacza Łatynina, sprawa nie jest jednoznaczna. Zauważa, że kilka dni wcześniej ten sam samolot lądował na tym lotnisku, lecz - jak dodaje - prawdą jest, iż wówczas panowały na nim inne warunki. I nie chodzi tylko o warunki pogodowe. "Na ich wizytę [Putina i Tuska - przyp. red.] specjalny sprzęt nawigacyjny został sprowadzony na lotnisko w Smoleńsku, aby zapewnić dodatkowe bezpieczeństwo. Możliwe jest, że ten sprzęt został usunięty przed lądowaniem samolotu Kaczyńskiego. Ta informacja dodaje jeszcze więcej mgły do tej i tak tajemniczej katastrofy" - czytamy w zakończeniu artykułu.
"A wiosną 2010 r. na Kremlu nagle zrozumiano, że gaz łupkowy powoduje zerwanie ze światowym gazociągiem i że jeżeli nie podejmie się środków, to być może Polska będzie eksportować gaz do Europy. I że polskie władze należy natychmiast przeciągnąć na naszą stronę, gdyż sprawa wydobycia gazu łupkowego w Polsce jest, jak powszechnie wiadomo, polityczna i w dużym stopniu zależy od tego, która partia wygra następne wybory" - pisze Łatynina. Publicystka przypomina też incydent z wojny rosyjsko-
-gruzińskiej, kiedy prezydent Lech Kaczyński wraz z prezydentami Ukrainy, Estonii i Litwy lądował w Baku, bo powiedziano mu, że Rosjanie mogą strącić samolot. Wówczas na spotkaniu w Tbilisi Kaczyński oświadczył: "Dzisiaj Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze kraje bałtyckie, a może i mój kraj". "Rankiem 10 kwietnia, wiedząc, że w Rosji nie jest mile widziany, prezydent Polski nie mógł nie nakazać lądowania samolotu. To nie była samowola, nie była wielkopańskość: to w Rosji dyplomaci rozbijają się po pijaku, strzelając ze śmigłowca do górskich owiec. Było to wynikiem wszystkiego, co antykomunista, nowy Kościuszko, nowy Sikorski, człowiek, w którego krwi tętniły rozbiory Polski (...), Katyń, Powstanie Warszawskie, 'Solidarność' - wynikiem wszystkiego, co prezydent Polski Lech Kaczyński myślał o Rosji. Kaczyński nie wierzył w żadną mgłę. 'Mgła' oznaczała dla niego jedynie polityczne powitanie przez Putina, który w przeddzień polskich wyborów zawiązuje sojusz z Tuskiem, podobnie jak Katarzyna skorzystała z usług Branickiego i Potockiego".
Łukasz Sianożęcki




ps. przedruki nie są moją opinią